Kenia
Zorganizowanie wyjazdu do Afryki Wschodniej na własną rękę często wydaje się skomplikowane, zwłaszcza gdy na start zderzamy się z zaporowymi cenami gotowych pakietów w biurach podróży. Prawda jest jednak taka, że mając dobrze przemyślany plan, da się to zrobić w rozsądnych pieniądzach. Samodzielne układanie trasy daje też pełną swobodę – to Ty decydujesz, o której godzinie ruszasz na poszukiwanie lwów, w jakim standardzie śpisz i ile dni ostatecznie spędzisz nad oceanem. Poniższy przewodnik po Kenii pomoże Ci złożyć ten wyjazd w jedną całość i sprawnie połączyć spotkania z dzikimi zwierzętami z solidnym odpoczynkiem na plaży.
Atrakcje Kenii – co warto zobaczyć?
Planując zwiedzanie Kenii, trzeba od razu pogodzić się z jedną rzeczą – nie zobaczycie wszystkiego podczas jednego urlopu. Kenijskie odległości bywają mocno złudne, a stan wielu dróg (szczególnie dojazdowych do Parków) sprawia, że pokonanie stukilometrowego odcinka potrafi zająć dobre kilka godzin. Zamiast spędzić większość wyjazdu w trzęsącym się aucie, najlepiej postawić na konkretną selekcję. Zdecydowanie najrozsądniejszym układem jest wybór jednego lub maksymalnie dwóch dużych parków narodowych, dorzucenie po drodze mniejszego rezerwatu, a na sam koniec zjechanie lub przelot na wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Poniżej zebrałem kluczowe atrakcje w logicznej kolejności, ułożone tak, aby maksymalnie ułatwić stworzenie sensownej trasy podróży.

- Stolica: Nairobi
- Kontynent: Afryka
- Region: Afryka Wschodnia
- Języki: angielski, suahili
- Waluta: szyling kenijski
- Ludność: 53,77 mln
- Powierzchnia: 580 367 km²
- Zasady wjazdu: wiza
Najlepszy okres na wyjazd

lipiec, sierpień, wrzesień
Jak długo zostać?

10-14 dniWarto przejechać kolejny raz
Średni koszt dzienny

ok. 260 zł Wydatki standardowego turysty wraz z noclegiem
Ceny na miejscu
Pogoda
Ilość turystów
Bezpieczeństwo
Łatwość organizacji wyjazdu
Atrakcje Kenii
1. Nairobi

Lądowanie w stolicy to dla większości z nas pierwszy fizyczny kontakt z Afryką Wschodnią. To właśnie tutaj dociera najwięcej lotów międzynarodowych, w tym połączenia obsługiwane przez popularnego, kenijskiego narodowego przewoźnika – Kenya Airways. Nairobi to ogromna, głośna i bardzo zakorkowana metropolia, przez wielu traktowana wyłącznie jako szybki punkt przesiadkowy, by od razu uciec w stronę sawanny. Szukając noclegu w tym miejskim gąszczu, najlepiej celować w bezpieczne i dobrze skomunikowane dzielnice, takie jak Westlands, Kilimani czy zielona, nieco bardziej willowa Karen.
Zanim ruszysz na zwiedzanie dzikich terenów, dobrą bazą do zrozumienia realiów i historii tego kraju jest Muzeum Narodowe. Daleko mu do nudnych, zakurzonych wystaw. Tutejsze zbiory bardzo rzeczowo tłumaczą ewolucję człowieka i historię wielkich plemion, dając solidny kontekst przed wyruszeniem na prowincję.
Jedyny taki Park Narodowy na świecie
To jedyna stolica świata z pełnoprawnym parkiem narodowym w granicach miasta, więc jeśli jesteś w Nairobi tylko przejazdem możesz zobaczyć zwierzęta na wolności bez wyjeżdżania z miasta. Park Narodowy Nairobi jest świetną opcją na krótki, kilkugodzinny przejazd terenówką. Stado lwów, nosorożce czy antylopy można tu obserwować na tle wyrastających w oddali wieżowców centrum biznesowego. Tuż przy głównej bramie parku znajduje się z kolei Safari Walk. To system podwieszanych drewnianych kładek poprowadzonych nad wybiegami, dający szansę na spokojny spacer i przyjrzenie się lokalnej faunie z góry, bez konieczności wsiadania do samochodu.
Zupełnie inny charakter ma sierociniec prowadzony przez fundację Sheldrick Wildlife Trust. Ten ośrodek przejmuje opiekę nad małymi słoniami, które zostały osierocone z powodu kłusownictwa lub ciężkich susz. Pracownicy karmią maluchy specjalnym mlekiem z butelek i latami przygotowują je do powrotu na wolność na dużo większych terenach parków narodowych. Wizyta w trakcie pory karmienia to świetne doświadczenie, ale musisz mieć na uwadze, że ze względu na dobro zwierząt obowiązują tu bardzo restrykcyjne limity wejść. Wejściówki znikają błyskawicznie, dlatego rezerwację przez internet trzeba zrobić z dużym wyprzedzeniem.
Nieopodal wspomnianego parku, jakieś 10 kilometrów na zachód, położone jest jeszcze Giraffe Centre. Ośrodek od lat skupia się na rozmnażaniu i ochronie zagrożonej żyrafy Rothschilda. Zbudowano tam specjalne, drewniane platformy, które pozwalają stanąć dokładnie na wysokości głów dorosłych osobników. Żyrafy same podchodzą do barierek, licząc na garść specjalnego granulatu, który dostaje się od obsługi przy wejściu. To dość krótka atrakcja, ale daje rewelacyjny, pierwszy kontakt z gigantami, których później możesz wypatrywać przez lornetkę na bezkresnych równinach.
2. Rezerwat Masai Mara
Masai Mara to absolutny klasyk i najczęściej obierany cel safari w całej Afryce Wschodniej. Przeglądając w sieci zdjęcia z afrykańskich bezdroży, z dużym prawdopodobieństwem patrzysz właśnie na te tereny. Krajobraz tworzą tu bezkresne równiny porośnięte pożółkłą trawą i pojedyncze, płaskie akacje, w cieniu których wylegują się drapieżniki.
Głównym magnesem przyciągającym turystów jest Wielka Migracja. Od lipca do października ponad milion antylop gnu i zebr przeprawia się przez rzekę Mara w poszukiwaniu świeżych pastwisk, próbując przy okazji uniknąć ataków krokodyli czy lwów. Sceny z przeprawy wyglądają jak żywcem wyjęte z programów przyrodniczych. Niestety wydarzenia przyciągają wielu turystów, więc w szczycie sezonu wokół jednego stada lwów czy przy brzegu rzeki potrafi ustawić się kilkadziesiąt aut terenowych, co mocno zaburza odbiór dzikiej natury. Jeśli nie zależy Tobie na obserwowaniu samej migracji, zaplanuj wizytę w innych miesiącach. Od listopada do czerwca drapieżniki takie jak lwy, gepardy czy lamparty nadal tu polują, a zwiedzanie odbywa się w znacznie większym spokoju i przy niższych kosztach noclegów w campach.
Dojazd z Nairobi zajmuje zazwyczaj około 5-6 godzin. Pierwsza część trasy jest asfaltowa, jednak ostatni odcinek prowadzący bezpośrednio do bram rezerwatu potrafi mocno wytrząść na nierównościach – przez przewodników ta część jazdy nazywana jest kenijskim masażem. Alternatywą są bezpośrednie loty awionetką na lokalne, szutrowe lądowiska, jednak takie rozwiązanie drastycznie podnosi budżet wyjazdu.
Obszar ten nie posiada statusu parku narodowego, lecz rezerwatu. Oznacza to, że teren jest zarządzany bezpośrednio przez lokalne społeczności Masajów, a nie przez instytucje rządowe. Wizyta w ich tradycyjnej wiosce to bardzo częsty punkt programów zwiedzania, proponowany przez przewodników w drodze powrotnej do campu. Warto jednak podchodzić do tego z chłodną głową. Wiele osad zlokalizowanych przy głównych bramach wjazdowych to mocno skomercjalizowane punkty, nastawione na szybkie pokazy tańca i dość natarczywą sprzedaż pamiątek.
3. Park Narodowy Jeziora Nakuru
Przekraczając bramy Nakuru, od razu widać ciągnące się kilometrami ogrodzenie, co mocno odróżnia ten obszar od otwartych, bezkresnych rezerwatów na południu kraju. Siatka okalająca cały teren to wynik celowego działania, ponieważ park funkcjonuje przede wszystkim jako pilnie strzeżone sanktuarium dla nosorożców.
Dzięki temu, że obszar jest stosunkowo niewielki i zamknięty, to właśnie tutaj masz największe szanse na wypatrzenie z bliska nosorożca białego oraz znacznie rzadszego czarnego. Krajobraz otaczający alkaliczne jezioro również mocno odbiega od typowego wyobrażenia o afrykańskim safari. Zamiast płaskiej równiny ciągnącej się po horyzont, trasa prowadzi przez skaliste zbocza, wysokie klify i tereny zalesione, gdzie na gałęziach drzew często przesiadują stada pawianów, a przy odrobinie szczęścia można wypatrzeć śpiące lwy.
Wielu turystów przyjeżdża tu z głową pełną obrazków ze starych albumów przyrodniczych, nastawiając się na widok milionów różowych flamingów. Warto jednak wcześniej zrewidować te oczekiwania. Z powodu intensywnych opadów w ostatnich latach poziom wody w jeziorze drastycznie wzrósł. Zmieniło to jej zasadowość i zniszczyło algi będące pokarmem ptaków, zmuszając większość stad do przenosin na inne akweny. Flamingi nadal tam są, ale zamiast ogromnych różowych dywanów zakrywających taflę, zobaczysz raczej mniejsze grupy brodzące przy brzegu.
Nakuru jest dobrze położone pod kątem logistyki, a sam dojazd ze stolicy to zaledwie trzy godziny płynnej jazdy prosto na dno Wielkiego Rowu Wschodniego. Mniej więcej godzinę za Nairobi warto zjechać na zatoczkę przy krawędzi skarpy, bo z punktów widokowych doskonale widać płaską dolinę i stożek wulkanu Longonot.
4. Jezioro Naivasha
Słodkowodne jezioro Naivasha to solidna odskocznia od typowego safari w zamkniętym samochodzie terenowym. Zwiedzanie tego obszaru odbywa się w dużej mierze z poziomu wody, a podstawą jest wynajęcie niewielkiej łodzi motorowej ze sternikiem. To jedna z najlepszych okazji, żeby z bliska przyjrzeć się hipopotamom chłodzących się w wodzie w ciągu dnia, wystawiając ponad taflę jedynie uszy, oczy i nozdrza. Przewodnicy doskonale znają terytoria poszczególnych stad i wiedzą, na jaki dystans mogą podpłynąć, żeby nie sprowokować ważącego kilka ton ssaka do ataku. Z łódki świetnie obserwuje się też bieliki afrykańskie – sternicy często rzucają do wody martwe ryby, zmuszając orły do widowiskowego pikowania tuż przed dziobem.
Większość rejsów można połączyć z dopłynięciem na Crescent Island. To niewielki półwysep, na którym lata temu kręcono sceny do filmu Pożegnanie z Afryką. Kluczowym atutem tego terenu jest całkowity brak drapieżników, co pozwala na zorganizowanie legalnego, pieszego safari. Możliwe jest spacerowanie bez asysty samochodu dosłownie kilkanaście metrów od pasących się żyraf, zebr, impali i gnu. Wejście na teren Crescent Island jest dodatkowo płatne.
Nad jeziorem znajduje się też rozbudowana baza noclegowa, skupiająca się głównie wzdłuż południowego brzegu jeziora, przy tak zwanej South Lake Road. Znajdziesz tam sporo pól namiotowych i lodge’y z bezpośrednim dostępem do pomostów. Z pokojów można obserwować spacerujące zwierzęta. Po zapadnięciu zmroku z jeziora na ląd wychodzą też hipopotamy, żeby żerować. Regularnie wchodzą również na trawiaste tereny ośrodków. Z tego powodu, gdy tylko robi się ciemno, w większości obiektów nie możesz samodzielnie przemieszczać się między restauracją a swoim namiotem czy domkiem. Zawsze musi asystować ci wyposażony w latarkę strażnik, ponieważ przypadkowe wejście na drogę odcinającą hipopotamowi powrót do wody kończy się tragicznie.
5. Park Narodowy Hell’s Gate
Hell’s Gate to jedyny park narodowy w Kenii, w którym głównym środkiem transportu nie jest samochód terenowy, a zwykły rower. Położony kilkanaście minut drogi od brzegów jeziora Naivasha teren charakteryzuje się brakiem dużych, stadnych drapieżników oraz słoni. Dzięki temu możesz wyjść z blaszanej klatki auta i ruszyć na samodzielną przejażdżkę po szerokiej, szutrowej drodze. Pedałowanie odbywa się w tumanach kurzu, a zaledwie kilkanaście metrów dalej pasą się zebry, żyrafy, guźce i bawoły.
Główna, w miarę płaska trasa prowadzi przez środek parku aż do posterunku strażników, gdzie zaczyna się wąwóz Ol Njorowa. Krajobraz potężnych klifów i czerwonych skał posłużył za bezpośrednią inspirację dla twórców filmu Król Lew. Rower zostawia się na górnym parkingu, by dalej ruszyć pieszo dnem głębokiego, wyrzeźbionego przez wodę kanionu.
6. Góra Kenia i Płaskowyż Laikipia
Przejazd z gorącego Wielkiego Rowu Wschodniego w kierunku położonych w centralnej Kenii wyżyn pozwoli na zaczerpnięcie rześkiego powietrza. Krajobraz wokół masywu Góry Kenia robi się bardzo zielony. Sam szczyt, drugi pod względem wysokości na całym kontynencie jest celem dla osób szukających wymagającego trekkingu. Zdobycie wierzchołka Point Lenana obejdzie się bez specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego, ale wejście to minimum cztery dni ciężkiego marszu i aklimatyzacja, aby uniknąć choroby wysokościowej. Zamiast atakować górę, często o wiele lepiej jest objechać jej niższe partie i dotrzeć do prywatnych rezerwatów rozrzuconych tuż za jej północnymi zboczami.
Kierując się dalej na północ, trasa prowadzi na rozległy Płaskowyż Laikipia, zdominowany przez prywatne obszary chronione, potocznie nazywane conservancies. Najbardziej przystępnym logistycznie punktem w tym regionie jest Ol Pejeta. Teren funkcjonuje na innych zasadach niż państwowe parki narodowe, oferując ściśle kontrolowane, ale niesamowicie obfite w zwierzynę safari. To obecnie jedno z najlepszych środowisk w całej Afryce Wschodniej do wypatrywania rzadkich, czarnych nosorożców. Oprócz wielkich kotów i słoni, Ol Pejeta prowadzi unikalny na skalę kraju azyl dla szympansów. Małpy te nie występują naturalnie w Kenii, a tutejszy, odgrodzony ośrodek ratuje osobniki odbite z rąk przemytników w Afryce Środkowej. Co ważne, prywatny status ziemi pozwala na organizowanie tu nocnych przejazdów z potężnymi szperaczami świetlnymi, co w państwowych parkach z reguły jest surowo zakazane.
Zupełnie inną ligę cenową reprezentuje sąsiednia Lewa Wildlife Conservancy. Obszar jest silnie nastawiony na ochronę rzadszych gatunków, chociażby takich jak gęsto prążkowana zebra Grevy’ego. Wjazd do Lewy często wiąże się z koniecznością wykupienia noclegu w jednym z dość drogich campów zlokalizowanych na okolicznych wzgórzach. Ograniczona liczba miejsc noclegowych sprawia, że po bezdrożach kręci się tam zaledwie garstka samochodów, dając ogromną swobodę i ciszę podczas wypatrywania lampartów w gęstych zaroślach. Decydując się na ten kierunek, trzeba liczyć się z wyższym budżetem, ale w zamian dostaje się przestrzeń, o którą coraz trudniej w najbardziej obleganych turystycznie miejscach.
7. Park Narodowy Amboseli
Amboseli to przede wszystkim jeden konkretny kadr, który przyciąga większość turystów przyjeżdżających do tego parku. Chodzi oczywiście o stado słoni na tle ośnieżonego szczytu Kilimandżaro. Rzeczywistość bywa tu jednak kapryśna, bo najwyższy szczyt Afryki przez większość dnia jest schowany za grubą warstwą chmur. Jeśli zależy Ci na zrobieniu tego klasycznego zdjęcia, musisz być w samochodzie tuż po wschodzie słońca. Najpóźniej około 9:00 rano góra zazwyczaj znika z pola widzenia, a płaski teren parku zaczyna mocno nagrzewać się w słońcu.
Tereny u podnóża góry to królestwo słoni. Żyje tu jedna z najdłużej badanych populacji tych ssaków na świecie, więc stada liczące po kilkadziesiąt sztuk po prostu blokujące drogę przejazdu nikogo tu nie dziwią. Krajobraz rezerwatu dzieli się na dwie skrajności. Z jednej strony jeździsz po dnie wyschniętego jeziora Amboseli, a z drugiej strony masz rozległe bagna zasilane przez podziemne źródła spływające z Kilimandżaro. To właśnie wokół tych mokradeł w środku dnia koncentruje się cała zwierzyna, z hipopotamami i bawołami na czele.
Dojazd z Nairobi zajmuje zazwyczaj około czterech godzin. Znaczną część tej trasy pokonuje się główną, mocno zatłoczoną ciężarówkami drogą (A109) w kierunku Mombasy, z której trzeba zjechać w miejscowości Emali. Ostatni odcinek przed samą bramą parku to już klasyczna, afrykańska tarka – mocno wyboista szutrówka, na której auto będzie drżeć od podłogi aż po dach. Wewnątrz parku drogi są już przeważnie płaskie. W przerwie od wypatrywania zwierząt warto udać się na Wzgórze Obserwacyjne. To jedyny punkt w granicach rezerwatu, gdzie można legalnie wyjść z samochodu i wejść na szczyt wzniesienia z widokiem na rozlewiska.
Z racji swojej popularności i stosunkowo niewielkiej powierzchni, Amboseli w wysokim sezonie szybko się korkuje. Przy bramach wjazdowych tworzą się kolejki, a przy wypatrzeniu rzadszego drapieżnika potrafi zatrzymać się kilkanaście aut jednocześnie. Najlepszą taktyką na ucieczkę przed tym ruchem jest znalezienie noclegu w lodge’u znajdującym się bezpośrednio na terenie parku lub przy jego samej granicy. Dzięki temu możesz wyjechać na ścieżki punktualnie o 6:00 rano, omijając dojazdy z oddalonych miasteczek. Z samego rana na szlakach jest jeszcze pusto, a Kilimandżaro wciąż widać na horyzoncie.
8. Parki Narodowe Tsavo West i East
Zjeżdżając z okolic Amboseli w stronę wybrzeża Oceanu Indyjskiego, naturalnym przystankiem na trasie jest Tsavo. To największy obszar chroniony w całej Kenii, sztucznie podzielony na dwie części przez główną autostradę i linię kolejową łączącą Nairobi z Mombasą. Ten podział wyznaczył granicę między dwoma zupełnie odmiennymi środowiskami – Tsavo East i Tsavo West. Ze względu na gigantyczne odległości, zjechanie obu tych parków podczas jednego, kilkudniowego okienka jest praktycznie niemożliwe. Trzeba podjąć decyzję jaki krajobraz wolisz podziwiać zza szyby terenówki.
Tsavo East to otwarta, płaska i mocno wysuszona sawanna. Niska, rzadka roślinność sprawia, że wypatrywanie stad z dużej odległości jest tu stosunkowo proste. Wizytówką tej części parku są słynne „czerwone słonie”. Zwierzęta te regularnie obsypują się bogatą w żelazo, czerwoną ziemią, aby chronić skórę przed palącym słońcem i insektami, przez co przybierają intensywny, ceglasty kolor. Główna sieć dróg poprowadzona jest wzdłuż rzeki Galana. W porze suchej to właśnie tam, przy wodopojach, koncentruje się całe życie rezerwatu, a lwy czy lamparty często urządzają zasadzki w nielicznych, wyższych zaroślach na brzegu.
Zachodnia część, czyli Tsavo West, wymaga od kierowcy i pasażerów znacznie więcej cierpliwości. Teren jest tu mocno pofałdowany, pełen stożków wulkanicznych, czarnych jęzorów zastygłej lawy i gęstego, zielonego buszu. Przez bujną roślinność zwierzęta potrafią ukryć się dosłownie kilka metrów od drogi, pozostając całkowicie niewidocznymi. Warto tu jednak wjechać dla źródła Mzima Springs. To naturalne, krystalicznie czyste baseny zasilane wodą spływającą pod ziemią ze wzgórz Chyulu. Zbudowano tam podwodną komnatę obserwacyjną, przez której szyby można podglądać pływające krokodyle i hipopotamy. To też jeden z nielicznych punktów na mapie parku, w którym można legalnie i bezpiecznie wysiąść z samochodu.
Szukając noclegu w tym regionie, prędzej czy później trafisz na zdjęcia Salt Lick Safari Lodge. Ten kultowy obiekt znajduje się na terenie prywatnego rezerwatu Taita Hills bezpośrednio graniczącego z parkami Tsavo. Konstrukcja hotelu to okrągłe budynki osadzone na wysokich palach, wyrastające tuż nad naturalnymi wodopojami. Stada słoni, bawołów i antylop przychodzą pić wodę dosłownie kilka metrów od okien sypialni i hotelowej restauracji. Zamiast wstawać o świcie i rzucać się autem na wyboiste drogi możesz tam podziwiać zwierzęta ze swojego balkonu.
9. Wybrzeże Kenii
Zjazd nad Ocean Indyjski po kilku dniach spędzonych w zakurzonym samochodzie to naturalny i bardzo potrzebny krok w planie podróży pod Kenii. Większość osób dociera na wybrzeże nowoczesnym pociągiem SGR z Nairobi (linia przecina park Tsavo) lub ląduje bezpośrednio na lotnisku w Mombasie. Sama metropolia to potężny, duszny i zakorkowany port. Możesz na szybko zajrzeć do historycznego Fortu Jesus zbudowanego przez Portugalczyków czy przespacerować się wąskimi uliczkami Starego Miasta, ale w praktyce Mombasę traktuje się głównie jako męczący węzeł przesiadkowy.
Południowe wybrzeże
Żeby dostać się na popularne południowe plaże należy przeprawić się przez kanał darmowym promem Likoni. To największe wąskie gardło logistyczne całego wybrzeża. W godzinach szczytu w ogromnej kolejce aut i gęstym tłumie pieszych można tu utknąć na dobre dwie godziny, mocno testując swoją cierpliwość w równikowym upale.
Kilkadziesiąt kilometrów za promem zaczyna się Diani Beach, uznawana za główną bazę wypadową w tej części kraju. Szeroka plaża z białym, drobnym piaskiem przyciąga tu największy ruch turystyczny. Z punktu widzenia logistyki to duży plus bez problemu znajdziesz tu bankomaty, dobrze zaopatrzone supermarkety i restauracje na każdą kieszeń. Minusem tej infrastruktury są tak zwani beach boys, czyli lokalni sprzedawcy pamiątek i organizatorzy wycieczek zjawiający się przy każdej próbie spaceru brzegiem oceanu i bywają mocno natarczywi.
Jeśli chcesz tego uniknąć, omiń Diani i celuj w sąsiednią Tiwi Beach. Tamtejsze wybrzeże jest znacznie dziksze, a infrastruktura ogranicza się do kilku kameralnych pensjonatów. W czasie odpływu na Tiwi odsłaniają się naturalne baseny wydrążone w rafie koralowej.
Spędzając czas na południu wybrzeża, warto zorganizować jednodniowy wypad do Morskiego Parku Narodowego Kisite-Mpunguti. Wymaga to zjechania autem jeszcze dalej na południe, niemal pod samą granicę z Tanzanią, do małej rybackiej osady Shimoni. To stamtąd wypływa się tradycyjnymi drewnianymi łodziami (dhow) w stronę otwartego oceanu. Rafa w Kisite-Mpunguti jest utrzymana w świetnym stanie, a przejrzystość wody pozwala na swobodne podglądanie żółwi morskich z samą maską i rurką. Rejsy na tym obszarze mają też bardzo wysoki wskaźnik skuteczności, jeśli chodzi o namierzanie stad delfinów pływających tuż przy dziobie łodzi.
Zazwyczaj w cenie takiego rejsu wliczony jest też powrotny przystanek na wyspie Wasini. To bardzo specyficzny kawałek lądu, na którym czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Nie ma tam wyasfaltowanych dróg, samochodów, a zasilanie opiera się głównie na agregatach prądotwórczych i panelach słonecznych. Warto zjeść tu obiad oparty na złowionych rano krabach i przespacerować się po Coral Gardens – nietypowym lesie utworzonym z martwych, skamieniałych koralowców wyrastających z ziemi na wysokość człowieka.
Północne wybrzeże
Wybierając północne wybrzeże, automatycznie omijasz największy logistyczny koszmar Mombasy, czyli zatłoczoną przeprawę promową Likoni. Z lotniska lub dworca kolejowego kierujemy się po prostu na most Nyali i wyjeżdżamy na asfaltową drogę B8. Przejazd do turystycznych miejscowości zajmuje zazwyczaj od dwóch do trzech godzin, w zależności od tego, jak szybko uda się przebić przez korki na rogatkach samej metropolii.
Jedną z popularniejszych miejscowości jest Watamu, w której na każdym kroku słychać język włoski. Lata temu ten odcinek wybrzeża upodobali sobie włoscy ekspaci, co mocno wpłynęło na lokalną gastronomię. Zamiast typowego, ulicznego jedzenia w postaci ryżu z fasolą, bez problemu zjesz tu świetną pizzę z pieca opalanego drewnem, domowe gelato i wypijesz espresso. Plaże w Watamu mocno różnią się od ciągnącej się kilometrami, płaskiej Diani. Wybrzeże jest tu poszatkowane koralowymi klifami i wysepkami, co tworzy mnóstwo małych, zacisznych zatoczek. Podczas odpływu ocean potrafi cofnąć się tutaj o kilkaset metrów, odsłaniając ostre skały i dno porośnięte trawą morską, co na dobrych kilka godzin całkowicie uniemożliwia kąpiel.
Kawałek dalej na północ leży Malindi – znacznie większe, tętniące życiem miasto. To tutaj znajduje się koralowy słup (Vasco da Gama Pillar) postawiony przez portugalskiego odkrywcę w 1498 roku. Głównym powodem, dla którego warto zapuścić się w te rejony, są jednak podwodne rezerwaty –Watamu Marine Park i Malindi Marine Park. Wynajęcie drewnianej łodzi ze szklanym dnem i sprzętem do snorkelingu to kwestia dogadania się z lokalnymi kapitanami bezpośrednio na plaży. Rafa jest tu płytka i dobrze naświetlona, co ułatwia wypatrywanie żółwi morskich. Ciekawą odskocznią od samego oceanu jest też Mida Creek, znajdujące się tuż pod Watamu. To gęsty ekosystem lasów namorzynowych, po którym można pływać, a wieczorem zjeść kolację z owoców morza na drewnianych, podwieszanych platformach.
Od maja do okolic września prądy oceaniczne i silne wiatry regularnie wyrzucają na tutejsze plaże tony brunatnych alg. W tych miesiącach woda przy brzegu traci swoją przejrzystość, a zalegające na piasku, gnijące w równikowym słońcu wodorosty generują bardzo nieprzyjemny zapach. Większość hoteli stara się to sprzątać, ale przy silnych przypływach przegrywają z siłami natury. Jeśli lecisz do Kenii w czasie europejskiego lata i zależy Tobie na białym, czystym piasku, logistycznie bezpieczniej będzie wybrać południową stronę Mombasy.
10. Hell’s Kitchen (Wąwóz Marafa)
Będąc w okolicach Malindi, dobrą opcją na wyrwanie się z widoku na plaże jest wyjazd około 40 kilometrów w głąb lądu. Marafa, znana szerzej pod turystyczną nazwą Hell’s Kitchen, to zerodowany wąwóz z piaskowca, przypominający zminiaturyzowaną wersję amerykańskich kanionów. Nazwa nie jest tu żadnym chwytem marketingowym. Za dnia temperatura na dnie wyschniętego kanionu potrafi dobić do 50 stopni Celsjusza.
Jedyną sensowną opcją jest zaplanowanie wyjazdu z Watamu lub Malindi w taki sposób, aby pojawić się przed bramą wejściową najwcześniej o 16:30. Ostatni odcinek trasy prowadzi przez wyboistą, szutrową drogę, na której samochody i lokalne tuk-tuki zmuszone są do ostrego zwalniania, dlatego na dojazd trzeba zarezerwować sobie około półtorej godziny. Późnym popołudniem upał powoli odpuszcza, a wielokolorowe formacje skalne – od kredowobiałych, przez pomarańczowe, aż po krwistoczerwone – nabierają najmocniejszych barw i najlepiej wychodzą na zdjęciach. Spacer dnem wąwozu, połączony z przeciskaniem się przez wąskie szczeliny, zajmuje około godziny.
11. Lamu
Ulice najstarszej osady Suahili w Afryce Wschodniej są tak wąskie, że często trudno minąć się w nich z drugą osobą. Towar z portu i materiały budowlane transportuje się tutaj na grzbietach osłów. Spacerując w labiryncie wysokich, zbudowanych z koralowca ścian z potężnymi, rzeźbionymi drzwiami, trzeba cały czas patrzeć pod nogi i ustępować miejsca obładowanym zwierzętom. Miasto jest gęste, duszne i głośne, a o świcie ze snu wyrywa nawoływanie do modlitwy dobiegające z głośników kilkunastu lokalnych meczetów.
Po co właściwie tu przyjeżdżać? Lamu to totalne odcięcie od XXI wieku i głośnych, komercyjnych kurortów. Przyjeżdża się tu, żeby z bliska podglądać społeczność funkcjonującą od setek lat w niemal niezmieniony sposób. Główne życie toczy się na betonowym nabrzeżu, gdzie rybacy rano wyładowują nocny połów prosto na ziemię, a miejscowi rzemieślnicy na oczach przechodniów ciosają z drewna ciężkie meble. W samym centrum warto zajrzeć do masywnego Fortu Lamu. Dawniej służył jako więzienie, a dziś stanowi świetny punkt orientacyjny w gąszczu identycznych zaułków. Nie ma tu wielkich muzeów z biletowanymi wystawami – głównym punktem programu jest po prostu włóczenie się po mieście, wypicie mocnej, arabskiej kawy na ulicznym straganie i obserwacja silnie islamskiej kultury.
Szukając noclegu mamy do wyboru dwie zupełnie różne miejscowości. Lamu Town to opcja tańsza, blisko tanich garkuchni z pieczonym mięsem, ale brzeg oceanu przypomina tu raczej port techniczny niż miejsce do relaksu. Z kolei oddalona o niecałe trzy kilometry wioska Shela daje bezpośredni dostęp do kilkunastokilometrowego pasa czystego piasku, jednak ceny w tamtejszych pensjonatach mocno windują budżet. Sprytnym rozwiązaniem jest spanie w Lamu Town i dojeżdżanie do Sheli tanimi, wodnymi taksówkami. Po południu, kiedy upał powoli odpuszcza warto udać się z jednym z kapitanów czekających w porcie na rejs tradycyjną łodzią żaglową dhow. Pływanie między lasami namorzynowymi przy użyciu wyłącznie siły wiatru to bardzo solidna klamra spinająca całą trasę po Kenii.







